BEZPŁATNIE ORGANIZUJEMY PROMOCJĘ FIRM KAŻDEJ BRANŻY, STOWARZYSZEŃ, ARTYSTÓW - inkubator@portalpolski.pl

Wyprawa do Norwegii

06.03.2011 / czytano: 2592 razy


            Było to ponad pięć lat temu. Wraz z trójką kolegów postanowiliśmy (wzorem naszych znajomych) spędzić wakacje na pracy w Norwegii...

REKLAMA



                  Ponieważ wszyscy studiowaliśmy, pod koniec czerwca stanęła przed nami wizja trzech miesięcy czasu wolnego. Jak wiadomo, jako studenci nie mogliśmy sobie pozwolić na spędzenie ich w jakimś słynnym kurorcie, ponieważ na to stać by było jedynie niewielki odsetek naszego społeczeństwa. Postanowiliśmy więc, skuszeni wizją dość łatwego zysku wyruszyć do Norwegii. Z opowiadań osób, które były tam już wcześniej jak i ze zdjęć oraz opisów w Internecie, widać było, że niekoniecznie musi być to zmarnowany okres, a nawet, że tak na pewno nie będzie. Że pomimo tego, że jedziemy do pracy, zobaczymy więcej pięknych krajobrazów i czeka nas więcej atrakcji niż na nie jednych typowych wakacjach. Dodatkowy dreszczyk emocji powodował fakt, że jedziemy całkowicie "w ciemno", wzorem naszych poprzedników (którzy byli tam rok wcześniej) zdani tylko na siebie. Na własną rękę musieliśmy szukać tam pracy oraz załatwić sobie nocleg. Z tym drugim wiedzieliśmy, że nie będzie problemów, ponieważ norweskie prawo dopuszcza rozbijanie namiotów w odległości 200 metrów od zabudowań. Tak więc zapakowaliśmy cały bagażnik jedzenia, potrzebne rzeczy i wyruszyliśmy w trasę.
 
Pierwszy kontakt ze Skandynawią
           
            Po dotarciu do Gdańska i odprawie po polskiej stronie wsiedliśmy na prom, na którym mieliśmy dopłynąć do Nynashamn, położonego niedaleko od Sztokholmu szwedzkiego miasteczka. Już na promie dało się odczuć pierwsze "różnice kulturowe", otóż co mnie zdziwiło, poruszający się bardzo drogimi nie tylko jak na polskie warunki szwedzcy kierowcy w żaden sposób nie sprawiali wrażenia "wywyższających się" posiadanym autem. Wyglądało to jakby posiadanie drogiego samochodu było dla nich codziennością. Szwedów na promie było chyba nawet więcej niż Polaków, także mogłem z bliska przyjrzeć się, z jakimi ludźmi będziemy mieć do czynienia. Już wcześniej każdy kto tam był zapewniał nas o otwartości, życzliwości i bardzo pokojowemu podejściu Skandynawów. Kraj ten wcześniej jawił mi się (na podstawie opowiadań i różnego rodzaju źródeł informacji) jako oaza bezpieczeństwa, braku agresji, tolerancji, uprzejmości, szacunku dla prawa i uporządkowania, czasem dla wielu aż nazbyt dużego. Jak się okazało wiedza ta okazała się sprawdzać w rzeczywistości. Ludzie, z którymi mieliśmy styczność w drodze "wszerz" Szwecji aż do przejścia granicznego nie daleko Oslo, rzeczywiście byli jakby bardziej jak to się mówi "na luzie". Nie sprawiało dla szwedzkich kelnerek problemu nalanie nam wrzątku w przydrożnej restauracji, a pracownicy drogowi również nie sprawiali wrażenia zestresowanych czy zdenerwowanych jak to bywa w Polsce. Drogi pomimo tego, że nie jechaliśmy szerokimi autostradami, były płaskie jak stół. Nawet przy bardzo restrykcyjnych ograniczeniach prędkości na całej trasie nie spotkaliśmy chociażby jednego "pirata drogowego", a największe przekroczenie prędkości jakie zaobserwowaliśmy wynosiło kilkanaście kilometrów na godzinę.
 
W Norwegii...
 
            Tak więc w taki sposób dotarliśmy do Norwegii. Postanowiliśmy ominąć Oslo, tak aby nie tracić czasu potrzebnego na szukanie pracy (każdy dzień był ważny przy ograniczonej żywności a nie po to tam jechaliśmy żeby prosić o pomoc rodziców), jednak w następnej miejscowości już nie sposób było się nie zatrzymać. Było to małe miasteczko o nazwie Hammar. Jego urok naprawdę ciężko opisać. W samym centrum, na rynku odbywał się akurat festyn a w jego ramach występy młodzieży szkolnej. Atmosfera jak na pikniku. Wokół można było zobaczyć wielu obserwujących owe występy, uśmiechniętych i zrelaksowanych ludzi. Wąskimi uliczkami ("zahaczając" o agencje pośrednictwa pracy) dotarliśmy na plażę. Widok grających w siatkówkę czy opalających się , rozbawionych się ludzi, przywodził raczej na myśl film "Niebiańska plaża" niż przypominał o celu w jakim jesteśmy w tym kraju. Tak więc po stosunkowo krótkim, kilkugodzinnym pobycie w tym miejscu, ruszyliśmy dalej, w poszukiwaniu pracy. Sprawdzoną przekazaną nam przez znajomych metodą, było dzwonienie do każdych drzwi i szukanie osoby, która chce pomalować swój dom (oraz wrzucanie ulotki gdy nikt nie otwierał, niektórzy stosowali metodę samego roznoszenia ulotek, ale z tego co wiem to trzeba ich roznieść naprawdę dużo, koło kilku tysięcy, w naszym przypadku ulotki nie sprawdzały się. Nie należy na nich zdecydowanie pisać, że jest się studentem, ponieważ wiadomo z czym to się kojarzy, na pewno nie z zapałem do ciężkiej pracy i profesjonalizmem w pracach ogólnobudowlanych czy ogrodniczych). Jak pewnie wiele osób wie, prawie każdy norweski dom, jest zbudowany z drewna, tak więc należy go malować najrzadziej raz na kilka lat. Ponieważ jest to zajęcie monotonne i nudne, wiele osób postanawia zlecić tą pracę przyjezdnym Polakom, których ceny oraz jakość pracy są bardzo konkurencyjne w stosunku do norweskich. W ogóle już bardzo rzadko można spotkać malującego dom Norwega (ewentualnie swój własny), robią to w zdecydowanej większości Polacy, zatrudnieni w polskich lub norweskich firmach, tak jak my pracujący na własny rachunek albo mający tą pracę od jednego lub kilku pośredników (bardzo często biorących ponad połowę wynagrodzenia). Jednak mijały dni i pomimo wstępnego zainteresowania oraz przemierzenia samochodem wielu kilometrów i wielu miejscowości, pracy nie było.
 
Pierwsza praca...
 
            Gdy, po pierwszych przejawach zrezygnowania zobaczyliśmy stoisko z truskawkami zaświtał nam w głowie pomysł, którego wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Przecież, ktoś musiał je wcześniej zebrać (było to w okolicach Trondheim, tak więc "w połowie" Norwegii), a nie robią tego zapewne Norwegowie. Postanowiliśmy więc się zapytać o pracę osoby, która je sprzedawała. Na nasze szczęście okazała się ona żoną gospodarza, właściciela kilku pól truskawek, który właśnie potrzebował paru  pracowników. Słyszeliśmy wcześniej, że praca nie należy do najlżejszych, ale nie wiedzieliśmy, że do tego stopnia. Jednak mieliśmy ją zacząć za dwa dni, na razie zaproponowano nam zamieszkanie w schludnym baraku, wraz z innymi pracownikami (Polakami oraz Ukraińcami, obie te grupy trzymały się raczej osobno), jednak jako, że to nowe miejsce i nie byliśmy pewni co nas może czekać, postanowiliśmy zamieszkać w naszych sprawdzonych już namiotach (poza tym nie wiedzieliśmy ile tam zostaniemy).  Pierwszych podejrzeń co do nowej pracy nabraliśmy gdy zaproszono nas do gry w piłkę, otóż inni gracze ku naszemu zdziwieniu zrezygnowali po około 40 minutach, twierdząc, że muszą wypocząć przed pracą, po dwóch dniach tej pracy wiedzieliśmy już, że nie był to wykręt, tak więc postanowiliśmy szukać innej. Jak pierwotnie zakładaliśmy-malowania domów. W tym celu udaliśmy się do pobliskiego miasteczka o nazwie Brekstad...


                                                                                                                                                                                                                                                                Piotr Sokołowski
          

admin

Lista komentarzy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Nick:
Treść:
Przepisz kod:
REKLAMA