BEZPŁATNIE ORGANIZUJEMY PROMOCJĘ FIRM KAŻDEJ BRANŻY, STOWARZYSZEŃ, ARTYSTÓW - inkubator@portalpolski.pl

#martwamatka / „Jeśli odmówisz oddania organów zmarłego, to skazujesz kogoś swoją decyzją na śmierć” / Szczera rozmowa o stracie.

01.11.2018 / czytano: 1041 razy

Czas, który upłynął od zniknięcia tej kobiety można już liczyć w latach. Dla Ciebie drogi czytelniku, jeśli w ogóle miałeś okazję ją minąć w tłumie, była co najwyżej nieznajomą. Gdy odeszła, pracownicy Sanockiego szpitala na kilka dni posmutnieli, jednak niebawem wszystko wróciło do normy, jak gdyby nigdy nic. Tymczasem, choć dla osób postronnych nic na to nie wskazywało, owa kobieta była całym światem! Była mamą Joanny. Dziś porozmawiamy o sprawach niełatwych. Poruszymy temat dojmującego braku, pustki, dziury nie do zasklepienia.

REKLAMA




Przemysław Kłosowicz: W chwili gdy przeprowadzamy niniejszą rozmowę jest końcówka października, dzień roboczy, czwartek jakich wiele dotychczas. Twoja historia udawania jednak, że w zwyczajny, powszedni dzień, zmienić może się nagle wszystko. Co doprowadziło do sytuacji, w której twoje dotychczasowe życie zawodowe przewróciło  się do góry nogami?
Joanna Cieśla: W czwartek o szóstej rano, dokładnie szesnastego stycznia pobierali mamie organy… To jest moja pierwsza myśl, gdy wypowiadasz słowo „czwartek”. Oficjalnie odeszła dzień wcześniej, piętnastego, o trzynastej pięćdziesiąt pięć, po lekarskim konsylium. Wszystko miało swój początek trzy dni wcześniej. Niedziela jak każda inna. Leniwa. Mój jedyny wówczas wolny dzień. Pracowałam w tamtym okresie życia w Pomocy społecznej. Kochałam to. To było moje miejsce, czułam, że to co robię jest ważne. A mama kochała swoją pracę, też się w niej spełniała. Była pielęgniarką. Wyszła na dyżur. O dwudziestej zadzwoniła, chwilę pogadałyśmy i się rozłączyła mówiąc: „zadzwonię do Ciebie za chwilę”. Czterdzieści minut później na ekranie telefonu pojawiło się „MAMA”, ale to już nie była Ona... Tak kończy się świat. Banalnie. Myślisz , że ten zapowiadany w mediach co jakiś czas koniec świata, o którym mówi się z lekkim przymrużeniem oka, to jakieś plagi, zarazy, spadające niebo, meteoryt, a to jedna chwila. Jeden telefon. Jeden dzień, który zmienia wszystko. I nic ci nie zostaje. Nawet siebie już nie masz. Nic nie masz. Cisza. Świat liczy czas przed i po narodzeniu Chrystusa. Mi dodatkowo do tego doszło - przed i po śmierci mamy. Zawsze tak odruchowo mówię: „ooo to było dawno, gdy mama jeszcze żyła” Albo: „to było niedawno, już po śmierci mamy”, choć rozmawiam wtedy o zupełnie niezwiązanych z tym kwestiach. Nie jestem już pedagogiem. Nie umiałam nim już być. Nie wiem kim jestem. Szukam. Nie umiem znaleźć nowej siebie, a stara zniknęła tego dnia, gdy weszłam na szpitalną salę, zobaczyłam ją pod respiratorem i z krzykiem upadłam na posadzkę. Świat nigdy już nie był taki sam.
 
Przemysław Kłosowicz: Kalendarz jest nieubłagany, niebawem pierwszy listopad. Jak banał w stylu: „czas leczy rany” ma się do rzeczywistości? Istnieje choćby cień szansy, by obchodzone w tym roku Wszystkich Świętych, było choć trochę mniej bolesne od celebrowania tego święta w minionych latach?
Joanna Cieśla: To nie jest kwestia „mniejszej bolesności”, są dni kiedy możesz z tym żyć i są dni w roku, kiedy to uwiera bardziej. Na przykład kiedy musisz znowu stanąć na oczach świata ze swoim bólem, nad tym grobem, do którego ciągle ktoś podchodzi, klepie cię po ramieniu i mówi: „to już tyle lat?!”. A dla mnie czas stanął w miejscu. Nie odczuwam jego upływu. Nadal czekam aż oddzwoni, bo przecież obiecała... Z czasem nie jest mniej boleśnie. Nie powinno się mieć dwudziestu siedmiu, czy trzydziestu dwóch lat i obchodzić Wszystkich Świętych nad grobem matki. Powinnyśmy razem obchodzić Dzień Matki, Dzień dziecka. Ba, nawet Dzień hydraulika, czy żniwiarza, ale nie ten! Wszystkich Świętych nie jest mniej bolesnym dniem, ale umiem już sobie z nim poradzić. Pierwszego listopada idę na cmentarz o ósmej rano, zanim pojawią się ludzie. Daję radę! Chciałabym mieć za to patent na Wigilie i Dzień Matki. To w dodatku dzień moich urodzin. 
 
Przemysław Kłosowicz: Wiadomo, że śmierć osoby najbliższej to niepowetowana strata, której nie zrozumieją osoby, które takiego bólu nie zaznały. Przewrotnie zapytam, czy tracąc można coś zyskać? Przechodząc przez to cierpienie nauczyć się czegoś, otworzyć oczy na sprawy dotychczas niedostrzegane? Katalizatorem jakich zmian jest to zdarzenie w życiu osoby, która pozostaje po tej stronie rzeczywistości?
Joanna Cieśla: Wszytko czegoś nas w życiu uczy, czy tego chcemy czy nie. Ja tej lekcji nie chciałam. Tego kierunku edukacji nie wybrałam. Dziś na pewno wiem, że nie ma co myśleć do przodu i że najważniejsi są ludzie. Ci, którzy są obok. Ich zdrowie. Nic więcej. Nie praca, nie kariera, ani nowy laptop. Z tej niedzieli pięć lat temu, o której wspominałam na początku, pamiętam jak siedziałyśmy i ja się oparłam o jej ramię. Przez myśl przeszło mi wtedy: „to jest szczęście”, coś jakby: „zapamiętaj to, bo jutro już wszystko będzie inne”. Choć świadomie nie mogłam przecież zdawać sobie z tego sprawy. Teraz często tak mam, że jest dobry dzień, jedziemy w Bieszczady, lub jestem u was, moich przyjaciół w Krakowie, albo idziemy z bratem na kawę i ja sobie myślę: „to jest szczęście, ta chwila, to dobry dzień”. Uważam, że to niezwykle cenne. Nie gonić za karierą, samorealizacją, miłością, pieniędzmi. Po prostu nie mieć parcia na życie. To trochę tak, jakby mieć wyostrzone zmysły. Więcej czujesz, więcej widzisz i słyszysz. Mocniej odbieracz bodźce i uczucia. Uwrażliwiasz się na otoczenie, doceniasz drobne gesty bliskich ci osób. Mam także wrażenie, że przez to co mnie spotkało, dziś jestem też odważniejsza, żyje mocniej, bardziej. Pewnie dlatego, że nie czuję już strachu. W kryzysowych sytuacjach porównuję sobie to w głowie. Po jednej stronie stawiam jakiś problem, choćby zawodowy, po drugiej to, że zmarła mi mama. I od razu wszystko wydaje mi się błahe. To, co najgorsze już mnie spotkało. Niewielu rzeczy mogę się więc bać. 
 
Przemysław Kłosowicz: Znałem twoją mamę prywatnie, temat jej odejścia jest więc dla mnie istotny. Można mnie roboczo nazwać „przyjacielem rodziny”. Nie dziwi więc fakt, że byłem zaproszony na stypę. Czy wręcz, podkreślając kontekst i epickość tego wydarzenia – stypoparty! Skąd pomysł, by w ten sposób uczcić pamięć zmarłej?
Joanna Cieśla: Tak naprawdę to ja was powinnam o to zapytać. Niewiele pamiętam z tamtego czasu. Umysł ratuje cię przed zwariowaniem z bólu, odcinając świadomość. Do dziś to tylko strzępy wspomnień. Jestem wam jednak ogromnie wdzięczna za to, co się wydarzyło. Obecni byli wtedy wszyscy przyjaciele; moi i mojego brata. Nie zostawiliście nas samych. Wtedy było najciężej, ale do dziś możemy liczyć na wasze wsparcie. Za to noszę w sobie ogromną wdzięczność. Każdego dnia dziękuję losowi za ludzi, dzięki którym nie jesteśmy sami. A co do samej konwencji „stypoparty”, to było bardzo „Halinowe”. Uważam, że to wydarzenie było wyjątkowe, jak ona sama. Z pewnością nie życzyłaby sobie, by był to wieczór przepełniony rozpaczą. Uczciliśmy ją na nasz własny sposób. 
 

Przemysław Kłosowicz: Istnieją jakieś uniwersalne metody na radzenie sobie z cierpieniem, w twoim przypadku – żałobą? Wypracowałaś określone rutynowe działania? Odczuwałaś lub odczuwasz nadal, że otoczenie ma względem ciebie oczekiwania, w kwestii tego jak powinnaś radzić sobie z odejściem matki? 
Joanna Cieśla: Nie ma żadnych mechanizmów radzenia sobie z czymś tak bolesnym. Moje doświadczenie?  Możesz obejrzeć sześć sezonów „Dwóch spłukanych dziewczyn”, licząc na to, że serial komediowych choć na chwile oderwie cię od złych myśli. Możesz udawać, że nic się nie stało, że to nie jest naprawdę. Możesz nienawidzić siebie i Boga jeśli istnieje. Negocjować z nim zmianę sytuacji, choć to abstrakcja. Możesz winić ludzi którzy kiedykolwiek zrobili Jej krzywdę. Możesz leżeć na podłodze i wyć, nie, nie płakać – WYĆ! Jak zwierzę. Walczyć o każdy oddech. I tak nieprzerwanie od niemal pięciu lat. Możesz tęsknić, rozmawiać z Nią nad grobem. To i tak nie pomoże. Cały świat oczekuje finału: że już tyle, dosyć, że ile można gadać, wspominać? Ile można sobie nie radzić? Matki tracą swoje dzieci. Ogrom cierpienia. Małe dzieci tracą rodziców, a ja jestem przecież dorosła. To nie wydarzyło się nawet, gdy byłam nastolatką! Pięć lat minęło... A ja nadal umieram po trochę każdego dnia. Była wszystkim, była serca biciem... Tego nie da się przecierpieć i dojść do momentu, w którym to staje się już przebolałe. Przepracować i sobie z tym raz na zawsze poradzić. Straciłam grunt pod nogami i lecę w dół. Nie mam się na czym zatrzymać. Niemniej jednak na zewnątrz radzę sobie i nie absorbuję świata moim cierpieniem. Taką mam nadzieję. Zapytałeś więc ci odpowiadam co czuję, ale nie zaczepiam ludzi na przystanku autobusowym i  nie opowiadam im o tym jak cierpię, jak umieram na żałobę. To się nosi wewnątrz, jak chorobę autoimmunologiczną, która zżera od środka, na którą brak lekarstwa. Nie ma na to rady i brak recepty. 
 
Przemysław Kłosowicz: Porozmawiajmy jeszcze o próbie nadania sensu bezsensowi. Narządy twojej mamy pomogły innym, obcym ludziom. Tym razem nie rozbudowując i tak trudnego pytania nadmiernie, zapytam po prostu – dlaczego? 
Joanna Cieśla: Tak naprawdę nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Nie  wiem też, co dokładnie wówczas myślał mój brat, nigdy później o tym nie rozmawialiśmy. Dla nas było to oczywiste, gdy lekarz wspomniał o takiej możliwości. Odruchowe, bez większego ideologizowania. Bez nadawania temu sensu, że przeżyje dzięki niej kilkoro ludzi. Przecież nasza mama i tak była bohaterką, więc nie stała się nią nagle, tylko z tego powodu. Przyznaję, byłam czasem zła, że oni żyją, a jej nie ma. Egoistycznie wolałabym ją mieć tu, zamiast tuzina innych uratowanych ludzi. Nie obchodzą mnie. Nie chce ich poznać, wiedzieć jak żyją. Jakkolwiek strasznie to brzmi. Tak trzeba było zrobić. To nie powinna być dobra wola rodziny, czy pacjenta. To powinien być obowiązek. Analogicznie jak to, że obowiązkiem jest udzielenie pierwszej pomocy, gdy jest się świadkiem wypadku. Jeśli organ jest zdrowy, osoba nieżywa, a gdzieś leży ktoś i umiera, bo tego organu potrzebuje, to on musi go dostać. Bez dorabiania ideologii. Jeśli jesteś wierzący, możesz sobie to podpiąć pod „nie zabijaj”. Jeśli odmówisz oddania organów zmarłego, to skazujesz kogoś swoją decyzją na śmierć. Wiem, że Matka Halina zrobiłaby dokładnie to samo. Była pielęgniarką i sama pewnego razu przyniosła mi kartę - „oświadczenia woli”, którą noszę w portfelu do dziś. Wiem, że spełniłam jej wolę. Ona zrobiłaby to samo w drugą stronę. Nie ma innej słusznej decyzji. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy nie miałam wątpliwość, że się już nie obudzi. Nie miałam. Ufałam lekarzowi. Znał moją mamę. Wiem, że jeśli istniałaby choć mikroszansa – wszyscy specjaliści w szpitalu walczyliby o nią. Tego jestem pewna. Jeśli ktoś ma z tej naszej rozmowy coś zapamiętać, to właśnie to, że tak trzeba postąpić. Ten przekaz przyświecał mi, gdy godziłam się na publikację wywiadu o martwej matce. To nie jest tak, że mówię: „nasza mama była dawcą organów, trzy osoby żyją” i tu słychać dźwięk fanfar i w naszą stronę lecą zachwyty, konfetti i co tam jeszcze ktoś ma w zanadrzu, by uhonorować naszą wspaniałomyślną decyzję. Tego oczekuję od Świata gdy mówię, że mam kota ze schroniska! Za adopcję bezapelacyjnie należą mi się brawa i owacje na stojąco. Oddanie organów było czymś oczywistym. Mojej mamcie już nie były do niczego potrzebne, a tamtym ludziom owszem, okazały się całkiem przydatne. Nie mogłabym sobie darować marnotrawstwa w kontekście ludzkiego życia. 
 
Przemysław Kłosowicz: Dziękuję za szczerość i przepraszam za podrażnianie ran niezagojonych. Rozważaliśmy upublicznienie jednej z naszych rozmów na temat śmierci pani Halinki od bardzo dawna. Myślę, że omawianie w dyskursie publicznym tego typu kwestii jest ważne, by pokazać innym, że mają prawo przeżywać żałobę w swoim własnym rytmie.
Joanna Cieśla: Dziękuję, że chciałeś mnie wysłuchać. Nie tylko dziś. Przyjaźń jest w życiu ważna. A swoją drogą myślisz, że na byciu nekrocelebrytą można zrobić karierę?
 
Przemysław Kłosowicz: Zawsze możesz zostać influencerką i popularyzować na swoim Instagramie jakieś fikuśne znicze oraz wieńce. Albo zostać szafiarką i promować małą – czarną, jako kieckę, która świetnie sprawdza się na wieczornych rautach, wernisażach, ale i na wieczorny grobing, gdy odwiedzasz mogiłę matki. Tym bardziej, że grób ma całkiem hispsterski jak na podkarpackie standardy, bo malutki, z urną w środku.
Joanna Cieśla: Fakt, jest komercyjny potencjał! Na grobie znajduje się cytat z „Władcy Pierścieni”, choć i tak wszyscy myślą, że to z Biblii… Maksyma mówiąca o tym, że śmierć to nie koniec podroży, tylko kolejna ścieżka, którą musimy przejść. I tym może zakończmy, bo to tak naprawę optymistyczna myśl. Wierzę w tą sentencję. Daje mi ona nadzieję.
 

Pozostałe rozmowy, które ukazały się w ramach cyklu „Działalność wywiadowcza”: 
Śledź z bakłażana, czyli natura nieożywiona, za to niezwykle smaczna!
Ten obcy – rzecz o przekraczaniu własnych granic.
[Rehab]ilitacja – odwyk od bólu.
Korpo – racja, a może brak racji?
Niezła z niej aparatka!
Lekcja 4. Temat: Zawód pedagog - pasja, misja, czy przypadek? 
 
Przemysław Piotr Kłosowicz

Lista komentarzy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Nick:
Treść:
Przepisz kod:
REKLAMA